Wprowadzenie
W polskim środowisku osób wykonujących badania wariograficzne od kilku lat widoczna jest tendencja, która powinna budzić poważny niepokój. Nie chodzi już o zwykłe formułowanie dobrych praktyk, zaleceń metodologicznych czy postulatów wyższej jakości pracy. Chodzi o coś znacznie dalej idącego: o próbę wykreowania przez prywatną organizację branżową własnego, pozakodeksowego standardu opinii dowodowej, a następnie przedstawiania go jako punktu odniesienia także wobec osób spoza tej organizacji. Taki zamiar wynika wprost z publicznie dostępnego standardu dokumentowania badań dowodowych, który deklaruje, że obowiązuje członków pod rygorem sankcji dyscyplinarnych, a równocześnie ma stanowić punkt odniesienia dla oceny praktyki osób niezrzeszonych.
To już nie jest niewinne porządkowanie warsztatu. To jest roszczenie do zajęcia miejsca, które w państwie prawa należy wyłącznie do ustawy i sądu.
1. Problem nie polega na standardach. Problem polega na uzurpacji
Nie ma nic nagannego w tym, że środowisko zawodowe chce podnosić poziom praktyki. Organizacje branżowe mogą tworzyć kodeksy etyczne, rekomendacje, wzorce dokumentacji, materiały szkoleniowe i zalecenia techniczne. Tak działają liczne stowarzyszenia naukowe i zawodowe. Granica zostaje jednak przekroczona wtedy, gdy prywatna organizacja zaczyna zachowywać się tak, jakby jej uchwały współokreślały procesowe wymogi opinii biegłego.
Właśnie z takim zjawiskiem mamy tu do czynienia. Jeżeli organizacja uchwala standard dokumentowania opinii dowodowej i jednocześnie deklaruje, że jest on punktem odniesienia także dla niezrzeszonych przedstawicieli tej specjalności, to nie jest to już wyłącznie autoregulacja wewnętrzna. Jest to próba wykroczenia poza sferę dobrowolnego stowarzyszenia i wejścia w obszar, w którym nie posiada ono żadnej ustawowej legitymacji.
W państwie prawa nie prywatne stowarzyszenie rozstrzyga, jaka opinia jest procesowo pełna, jaka jest wadliwa i jakie elementy musi zawierać, aby mogła zostać oceniona przez sąd. O tym decydują przepisy kodeksu postępowania karnego i orzecznictwo, a nie uchwały walnego zebrania członków.
2. To nie środowisko ustala kryteria z art. 201 k.p.k.
Najbardziej problematyczne jest środowiskowe operowanie językiem, który w praktyce ma zastąpić sądową ocenę opinii. W polskim procesie karnym „niepełność” opinii jest kategorią procesową z art. 201 k.p.k. Nie ustala jej autor uchwały, komitet naukowy ani zarząd stowarzyszenia. Ustala ją organ procesowy oceniający konkretną opinię w konkretnej sprawie.
Tymczasem publicznie przyjęty standard tej organizacji nie tylko określa własny katalog wymaganej dokumentacji, ale czyni to w tonie wyraźnie aspirującym do roli zewnętrznego wzorca oceny praktyki całej specjalności. Oznacza to w istocie próbę wytworzenia równoległego, pozakodeksowego filtra oceny opinii biegłych.
Takie podejście jest wadliwe z dwóch powodów. Po pierwsze, nie ma podstawy ustawowej. Po drugie, prowadzi do deformacji procesu: zamiast pytać, czy opinia spełnia wymogi z art. 200 § 2 k.p.k. i czy jest jasna, pełna i niesprzeczna w rozumieniu art. 201 k.p.k., zaczyna się pytać, czy jest zgodna z regulaminem prywatnego zrzeszenia. To jest zmiana centrum ciężkości z ustawy na środowiskowy dokument. Na to zgody być nie powinno.
3. Obowiązkowe nagrywanie całego badania to nie standard prawa, lecz standard ambicji
W uchwalonym standardzie dokumentacji znalazł się wymóg, by dokumentacja obejmowała ciągły zapis audiowizualny przebiegu badania — od rozpoczęcia wywiadu przedtestowego do zakończenia rozmowy po testach. Standard przewiduje również obowiązek wyjaśniania braków w takim zapisie.
To bardzo daleko idący postulat. I właśnie dlatego powinien zostać nazwany wprost: nie jest to obowiązek wynikający z kodeksu, lecz środowiskowa próba dopisania do polskiego procesu karnego nowego wymogu dowodowego. Ustawodawca takiego wymogu nie ustanowił. Nie uczynił tego ani wobec badań psychiatrycznych, ani psychologicznych, ani medyczno-sądowych, ani wobec innych opinii specjalistycznych. Tym bardziej nie można przyjąć, że prywatne stowarzyszenie może taki obowiązek wykreować własną uchwałą.
W praktyce oznacza to próbę przeforsowania tezy, że bez pełnego nagrania audiowizualnego opinia dowodowa jest co najmniej podejrzana, a może wręcz gorsza jakościowo. To nie jest neutralne zalecenie. To jest nacisk normatywny pozbawiony normatywnej podstawy.
4. Mylenie przechowywania materiału z jego automatycznym ujawnianiem
Jeszcze poważniejszy jest błąd konstrukcyjny stojący za tym podejściem. Co innego obowiązek zachowania materiału roboczego przez biegłego, a co innego obowiązek automatycznego przekazywania go do akt. Te dwie sytuacje mają całkowicie różne skutki prawne.
Biegły może i powinien przechowywać materiał źródłowy w sposób umożliwiający późniejszą kontrolę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie wynika z tego jednak obowiązek, by całe nagranie wywiadu, rozmów i przebiegu badania stawało się od razu częścią akt procesowych. Publicznie dostępny standard tej organizacji nie tylko wymaga pełnego zapisu audiowizualnego, lecz wprost zalicza go do dokumentacji z badania dowodowego obok opinii i poligramów.
To właśnie tutaj ambicja środowiskowa zderza się z realiami procesowymi. Materiał włączony do akt uzyskuje zupełnie inny status niż materiał pozostający w zasobie biegłego. Staje się dostępny na zasadach procedury karnej, może być kopiowany, analizowany i rozpowszechniany w kręgu uczestników postępowania. Kto proponuje automatyczne ujawnianie takiego materiału, ten bierze na siebie odpowiedzialność za poważną ingerencję w prywatność osoby badanej.
5. Standard budowany bez wrażliwości na prywatność jest standardem złym
Nie da się poważnie mówić o jakości dokumentacji wariograficznej, jeśli pomija się problem prywatności. Pełny zapis audiowizualny badania obejmuje nie tylko fazę testową, lecz również wywiad przedtestowy i rozmowę po testach. A właśnie tam pojawiają się informacje najbardziej wrażliwe: dotyczące zdrowia, leczenia psychiatrycznego, uzależnień, relacji intymnych, życia rodzinnego, wcześniejszych zachowań, a niekiedy także pobocznych wątków całkowicie niewchodzących w zakres tezy dowodowej.
Standard, który mechanicznie traktuje pełne nagranie jako pożądany składnik dokumentacji dowodowej, zdradza głęboki brak wyczucia konstytucyjnej zasady proporcjonalności. Nie każde dane, które da się utrwalić, należy automatycznie ujawniać. Nie wszystko, co może ułatwić hipotetyczną kontrolę, wolno bezrefleksyjnie włączać do procesowego obiegu. Tu właśnie ujawnia się zasadnicza słabość środowiskowego normotwórstwa: łatwość produkowania rygorów bez ponoszenia odpowiedzialności za ich ustrojowe skutki. Publiczny standard dokumentacji pokazuje, że nacisk położono na maksymalizację materiału, a nie na wyważenie kontroli z ochroną praw jednostki.
6. Samopowołany regulator bez mandatu
Równie niepokojący jest szerszy obraz. Ta sama organizacja nie tylko uchwala standardy dokumentacji, lecz również prowadzi własny system kursów i szkoleń, posługuje się własną drabiną tytułów („młodszy specjalista”, „specjalista”, „ekspert”), określa zasady publicznych wystąpień swoich członków i zobowiązuje ich do promowania wyznaczanych przez siebie standardów w mediach.
To oznacza klasyczną koncentrację ról: normotwórca, szkoleniowiec, certyfikator, promotor i beneficjent prestiżu działają w ramach jednego środowiska instytucjonalnego. Taki model może funkcjonować jako prywatny system wewnętrzny. Nie wolno go jednak mylić z systemem mającym legitymację publiczną.
W praktyce powstaje konstrukcja quasi-korporacyjna bez ustawowego umocowania. Organizacja sama nadaje tytuły, sama ustala standardy, sama zobowiązuje swoich członków do promowania tych standardów i sama oczekuje, by traktowano je jako punkt odniesienia także wobec innych. W demokratycznym państwie prawnym taki model powinien być oceniany z najwyższą ostrożnością, bo łatwo przekształca się w środowiskowe roszczenie do monopolu symbolicznego.
7. Tytuły bez ustawy, ambicje jak w samorządzie zawodowym
Na osobne podkreślenie zasługuje fakt, że organizacja publicznie operuje rozbudowanym systemem tytułów i rekomendacji: „młodszy specjalista”, „specjalista”, „ekspert”, przy czym w dokumentach wiąże te nazwy z ukończonymi szkoleniami i rekomendacjami w określonych kategoriach badań.
Problem nie polega na tym, że ktoś chce różnicować poziom wyszkolenia. Problem polega na kreowaniu nomenklatury, która w odbiorze zewnętrznym może sugerować istnienie obiektywnego, publicznie uznanego systemu kwalifikacyjnego, choć w rzeczywistości chodzi o konstrukcję wyłącznie prywatną, zależną od wewnętrznych uchwał stowarzyszenia. Im mocniej taki system jest następnie sprzęgany z oceną jakości opinii dowodowych, tym bardziej zaczyna przypominać substytut samorządu zawodowego bez jakiejkolwiek ustawy.
Jeszcze dalej idzie uchwała zobowiązująca członków do promowania środowiskowych standardów podczas wystąpień publicznych i do identyfikowania się z organizacją. To już nie wygląda jak zwykła dbałość o komunikację medialną. To wygląda jak świadome budowanie zewnętrznego autorytetu instytucji, która chce występować nie tylko jako stowarzyszenie, ale jako regulator języka, praktyki i hierarchii zawodowej.
8. Nawet język chce się tu regulować
Uchwała medialna tej organizacji zawiera także zalecenie, by członkowie w wystąpieniach publicznych posługiwali się nazwami „badania poligraficzne” i „poligraf”, a nie „badania wariograficzne” i „wariograf”. Sam ten fakt może wydawać się drobny, ale dobrze pokazuje szerszy problem: skłonność do regulowania nie tylko standardów dokumentacji, lecz także słownika, którym środowisko ma się posługiwać.
To symptomatyczne. Gdy prywatna organizacja zaczyna normować terminologię, tytuły, sposób publicznej identyfikacji, dokumentację dowodową i kryteria oceny praktyki osób niezrzeszonych, to nie mamy już do czynienia z luźnym forum eksperckim. Mamy do czynienia z projektem środowiskowego zwierzchnictwa, któremu po prostu brak ustawowej podstawy.
9. Kryterium „bez widocznych ułomności fizycznych” kompromituje cały projekt standaryzacyjny
Każdy, kto broni tych standardów jako rzekomo nowoczesnych i profesjonalnych, powinien najpierw wyjaśnić, jak zamierza bronić zapisu o tym, że w kursie podstawowym mogą brać udział osoby „bez widocznych ułomności fizycznych”. Taki warunek figuruje w publicznie dostępnym standardzie kursów i szkoleń.
Tego nie da się obronić ani językowo, ani etycznie, ani prawnie. Jest to formuła anachroniczna, stygmatyzująca i kompromitująca dla każdego projektu, który chce występować pod szyldem profesjonalizacji. Organizacja, która z jednej strony chce uchodzić za depozytariusza rzetelności i nowoczesnych standardów, a z drugiej utrzymuje taki warunek uczestnictwa w szkoleniu, sama podważa własną wiarygodność jako autora norm środowiskowych.
Nie chodzi tu o pojedynczy niefortunny zwrot. Chodzi o to, że dokumenty mające rzekomo porządkować praktykę dowodową okazują się obciążone językiem i założeniami, które nie wytrzymują elementarnej konfrontacji ze współczesnym standardem równego traktowania.
10. Największe niebezpieczeństwo: wywieranie presji na sądy i rynek
Tego rodzaju standardy nie są groźne dlatego, że formalnie stanowią prawo. Nie stanowią. Są groźne dlatego, że próbują działać jak prawo bez bycia prawem. Mają wytworzyć wrażenie, że istnieje jedna „właściwa” dokumentacja, jeden uznany model szkolenia, jedna godna zaufania hierarchia tytułów i jeden wzorzec oceny praktyki. A skoro tak, to każda osoba działająca poza tym systemem ma być z definicji bardziej podejrzana, mniej profesjonalna albo co najmniej „niestandardowa”.
To właśnie jest istota problemu. Nie bezpośredni przymus, lecz presja symboliczna. Nie akt normatywny, lecz próba wyprodukowania jego społecznego ekwiwalentu. Nie ustawa, lecz jej imitacja w wersji stowarzyszeniowej.
Jeżeli sądy, prokuratorzy, adwokaci lub klienci prywatni zaczęliby bezkrytycznie przyjmować taki przekaz, skutkiem byłoby nieformalnie uprzywilejowane położenie jednej organizacji i osób przez nią szkolonych, rekomendowanych lub promowanych. A to byłoby już nie podnoszenie standardów, lecz budowanie środowiskowej przewagi regulacyjnej bez demokratycznego mandatu.
Zakończenie
Nie ma nic złego w tym, że prywatna organizacja chce porządkować własne zasady, szkolić członków i promować określony model warsztatu. Złe zaczyna się tam, gdzie stowarzyszenie zaczyna zachowywać się tak, jakby jego uchwały miały rangę pozakodeksowego źródła wymagań dla opinii dowodowych i jakby jego standardy mogły służyć za punkt odniesienia dla oceny całego środowiska.
Taka postawa zasługuje na krytykę z kilku powodów jednocześnie. Jest ustrojowo nieuprawniona. Procesowo myląca. Metodologicznie zbyt kategoryczna. Wrażliwa na konflikt ról. A miejscami także zwyczajnie kompromitująca — czego najlepszym przykładem jest utrzymywanie kryteriów w rodzaju „bez widocznych ułomności fizycznych”.
W demokratycznym państwie prawa standard opinii dowodowej nie może być pisany przez prywatne stowarzyszenie tak, jakby było ono ustawodawcą, samorządem zawodowym i organem nadzoru jednocześnie. Od opinii biegłego wymaga się zgodności z ustawą, rzetelności i kontroli procesowej. Nie wymaga się zgodności z ambicjami organizacji, która postanowiła odgrywać rolę większą, niż daje jej prawo.
Najnowsze komentarze